Proszę, 4. notka :) Już troszkę dłuższa niż poprzednie. Mam nadzieję, że się spodoba. Ach i wybaczcie skrajnie mugolskie pomysły dzieciaków ^^ Czytajcie! :)
```````````````````````````````
4 lipca 1971
Dzisiaj wstałam wcześnie jak na
mnie, bo o 6:00. A to wszystko dlatego, ze razem z Potterami i Syriuszem
udajemy się na piknik. Sobota miała być piękna, więc będziemy cały dzień na tej
polanie czy gdzieś tam. Moi rodzice dołączą później, gdy się już uporają z
jakimiś swoimi sprawami.
– Cześć kochanie. Wyspałaś się?–
spytała mama, gdy weszłam pół godziny później do kuchni.
– Tak. Ale pewnie wieczorem będę
padnięta. Po prostu nie mogę się doczekać spotkania z Jamesem i Syriuszem, bo
oni są naprawdę fajni i czuję się tak, jakbym ich znała już całą wieczność.
Może mi opowiedzą więcej o Hogwarcie…– odpowiedziałam, jednak ziewając.
– Ależ Juluś! Przecież my ci już
tyle opowiadaliśmy!
– No niby tak. . . Ale wy tak z
punktu widzenia puchonów i krukonów, a oni twierdzą, że będą na pewno
gryfonami, przynajmniej James tak twierdzi, bo Syriusz mało na ten temat mówi,
nie wiem czemu.
– No dobrze. . . Weź te kanapki
i owoce. Jeszcze dam Ci sok i wodę i parę chusteczek i. . .
– Mamo, to naprawdę tylko parę
godzin, a nie parę dni czy tygodni– roześmiałam się.
– Zobaczysz jak będą wszystko
jeść! Ledwo się obejrzysz, a już niczego nie będzie w koszyku. O, to chyba oni–
powiedziała, gdy usłyszała dzwonek.
– Pójdę otworzyć.
Zeszłam do hallu i otworzyłam gościom. Weszli do
środka. Mama przyszła i zaprowadziła ich do salonu.
– Chcecie się czegoś napić? Sok,
woda? Kawa, herbata? – zwróciła się do przybyszów.
– Może trochę wody, jeśli można–
odpowiedziała Dorea.
– Chodźcie, pokażę wam mój
pokój– powiedziałam do Jima i Syriusza. Popatrzyli po sobie i poszli za mną.
– Daleko jeszcze?– sapnął
okularnik, gdy byliśmy na drugim piętrze.
– Tylko dwa piętra.
Mina Jamesa była bezcenna.
Stanął z jedną nogą uniesioną i patrzył na mnie wybałuszając oczy i otwierając
usta. Zerknęłam na Czarnego i z powrotem na Jima i zaczęłam się śmiać. Black od
razu do mnie dołączył. Potter patrzył na nas, nie wiedząc o co chodzi i udawał,
że się obraził.
Szliśmy dalej. Gdy dotarliśmy na
4. piętro, przystanęłam z ręką na drzwiach i zapytałam:
– Gotowi?
– Mam nadzieję, że tam nie jest
wszystko na różowo…– mruknął Black.
Wpuściłam ich do środka. Stanęli
jak wryci, widząc zielone ściany, które zmieniały swój odcień w zależności od
pory dnia i światła, jakie wpadało do pokoju. Spojrzeli na luksusowe, mahoniowe
meble i jedwabne zasłony. Pierwszy otrząsnął się James i zmarszczył brwi,
rozmyślając nad czymś chyba intensywnie.
– Coś nie tak?
– Eee. . . A właściwie to gdzie
ty śpisz? Bo nie widzę tu łóżka. . .
– Widzisz tamte drzwi?–
wskazałam ręką na małe mahoniowe wrota, jak je lubiłam nazywać. Syriusz
najwidoczniej nie mógł się doczekać i wbiegł do sypialni.
– Ej! Co ty robisz?– krzyknęłam
za nim i również wbiegłam. Jak tylko byłam na środku pokoju, poczułam, jak
jakiś ciężar mnie przytłacza i upadłam na podłogę przytłoczona syriuszowym, a
następnie jamesowym ciałem. Przez chwilę się wystraszyłam, jako że tutaj raczej
nikt z parteru nas nie słyszał.
– Co wy robicie? Oszaleliście?
To nie jest śmieszne! Hik. . .– zaczęli mnie gilgotać. Śmiałam się śmiechem
szaleńca prawie że. Ja, gdy się śmieję, to mam często taki wysoki pisko-śmiech.
Przy okazji się rzucałam na wszystkie strony jak opętana. W końcu poczułam, że
przestali. Z jakiegoś nieznanego mi powodu bałam się otworzyć oczy. Było za
cicho w pokoju. Nawet nie było słychać oddechu chłopaków, którzy się przecież
też musieli trochę zmęczyć przy tej “rozrywce”. Ostrożnie otworzyłam jedno oko,
a potem drugie i zobaczyłam chłopaków wiszących w powietrzu (znowu), którzy
byli nieźle zziajani. Jednak ich nie słyszałam. Patrzyli prosto na mnie z
lekkim strachem w oczach. Spojrzałam na drzwi i aż się cofnęłam .
Stał w nich jakiś potwór rodem z
koszmarów. Krzyknęłam. Próbowałam złapać chłopaków za nogi, żeby ich ściągnąć
na podłogę. Na szczęście się udało. Pociągnęłam ich za sobą do garderoby i
zamknęłam drzwi na klucz.
– C-co to było? – spytałam
półgłosem jednocześnie nasłuchując.
– Nie mam pojęcia – odpowiedział
Black. Tylko on był w stanie odpowiedzieć. James wyglądał, jakby stracił głos.
Popatrzyliśmy po sobie i podskoczyliśmy, gdy coś huknęło w drzwi.
– Chodźcie – postanowiłam
skorzystać z awaryjnego wyjścia, które znajdowało się w najmniejszej szafie.
Otworzyłam drzwiczki i weszłam pierwsza. Odgarnęłam sukienki i otworzyłam klapę
w podłodze.
– Właź– szepnęłam do Jamesa.
Spojrzał na mnie pytająco – prowadzi do komórki pod schodami na parterze. Nie
ma się czego bać. Syriusz wślizguj się – dodałam, gdy Potter posłusznie zjechał
w dół.
– A nie będzie bolało?
– Nie no co ty. . . Wylądujesz na pudłach. Chociaż na wierzchu są
chyba jakieś poduszki. Nie pamiętam dokładnie.
Jego mina nie była zbyt
zachęcająca.
– A ty? Powinnaś pierwsza
zjechać
– Ale tylko ja umiem zamknąć
wejście od środka. Wskakuj, to coś zaraz tu będzie! – szepnęłam gorączkowo,
słysząc, jak się podłamuje drewno w drzwiach. Syriusz nie próbował już oponować
i wskoczył. Ja szybko się wsunęłam w głąb szafy i zamknęłam drzwiczki w tym
samym momencie, jak potwór się włamał do pokoju. Poruszałam trochę sukienkami,
by wróciły na dawne miejsce. Bałam się. Właściwie to cała się trzęsłam z
emocji. Wślizgnęłam się w otwór i zaparłam stopami, by nie zjechać. Zamknęłam
nad sobą klapę i zjechałam w dół. W trakcie zjazdu czułam “motylki” w brzuchu.
Lubiłam to uczucie, chociaż w tej chwili nie bardzo się nad tym zastanawiałam.
Myślałam o tym, czy nic się nie stało rodzicom i jak w ogóle stwór się dostał
do domu.
Po chwili wylądowałam na
pudłach. I na czymś bądź kimś jeszcze, uderzając się dosyć mocno w kolano.
– Ała. To bolało– syknął Syri.
– Nie tylko ciebie– odburknęłam.
– I co teraz? James nie może
mówić, nie wiemy co to było i czy dorosłym coś się stało. . .
Usłyszeliśmy śmiech dochodzący z
salonu.
– Chyba jednak są cali i zdrowi.
I na dodatek świetnie się bawią– mruknęłam. Otworzyłam powoli drzwiczki od
komórki i ostrożnie wyjrzałam. Korytarz był pusty i nie odchodziły żadne
dźwięki poza tymi z salonu. Wyszłam i stanęłam na środku hollu. Sryiusz wyszedł
za mną, a zaraz za nim wyjrzał również James. Byłam zdenerwowana i spięta.
Każda komórka mojego ciała była gotowa do ucieczki.
– Może chodźmy do nich? Tam nas
raczej nic nie zaatakuje. . . – szepnął mi do ucha Syr. Lekko podskoczyłam.
– Spokojnie. To przecież tylko
ja. Nie masz się czego bać – złapał mnie za rękę. W trójkę zaczęliśmy się
skradać do drzwi i nasłuchiwaliśmy.
– . . . I wyobraź sobie jakie
będą mieć miny gdy go zobaczą – znów ktoś się zaśmiał.
– Nie uważacie, że to było
trochę zbyt brawurowe? Oni mają dopiero po jedenaście lat. Mogłoby im to
zaszkodzić. . . – to była mama. Jak zwykle zatroskana.
– Nie martw się Leno. Na pewno
nic im nie będzie. To bystre dzieciaki. Poradzą sobie. Tylko czemu to tak długo
trwa?
Wybałuszyłam oczy i spojrzałam
na chłopaków. Oni również na mnie spojrzeli takim samym wyrazem twarzy. Oni nas
nabrali! Ktoś z nich się musiał przebrać za potwora i nas wystraszyć. Ale nam
zrobili rozrywkę. . . Normalnie nie ma nic lepszego na świecie niż umieranie ze
strachu o życie swoje i innych. Z oczu Syrka wyczytałam, że myślał to samym.
Skinęłam na nich i wróciliśmy do komórki.
– Oni wystraszyli nas, więc my
wystraszymy teraz ich– powiedziałam mściwie. Oboje skinęli głowami. James nadal
nie mówił.
– Tylko jak? Masz jakiś pomysł?
– Syriusz jak zwykle najpierw spytał, chociaż widziałam, że coś mu już krąży po
głowie. Potter wyraźnie miał jakiś pomysł, ale nie mógł go nam przekazać.
– Jedno pytanie. Teraz czy
później? – rzuciłam w stronę Jamesa. Pokazał dwa palce.
– Później?– energicznie pokiwał
głową.
– Ok. Teraz pójdziemy i będziemy
udawać, jakby nic się nie stało. Niech myślą, że jesteśmy twardsi niż im się
wydaje.
Ponownie wyszliśmy. Serce mi
biło jak szalone, bo nie wiedziałam, czy mi się uda dobrze to zagrać, bez
roześmiania się. Zauważyłam jednak, że chłopaki się uśmiechają. Też się w takim
razie uśmiechnęłam. Ciekawe, jak rodzice zareagują, jak nas zobaczą.
Otworzyłam drzwi do salonu i
nagle wszystko ucichło i oni spojrzeli na nas. Pani Dorea patrzyła, z trudem
ukrywając rozbawienie, moi rodzice natomiast mieli lekko zatroskany wzrok, tzn.
mama miała, bo tata patrzył zaciekawiony. Po chwili jednak wszyscy troje
zmarszczyli czoła i powiedli wzrokiem po nas od stóp do głów. Dopiero w tej chwili
zauważyłam, jacy jesteśmy zakurzeni i brudni.
– Co wyście robili? Kurze
ścieraliście czy jak? – spytała mama.
– Można tak powiedzieć. Gdzie
pan Potter? – spytał szybko Syri, żeby zmienić temat. Byłam mu wdzięczna.
– Eee. . . Poszedł do łazienki.
Powinien zaraz wrócić. – tata był lekko zdenerwowany. Mama wyjęła różdżkę i nią
machnęła. Byliśmy znowu czyści.
– James, czemu nic nie mówisz? –
tym razem odezwała się jego matka.
Spojrzeliśmy nerwowo po sobie i
Black się odezwał.
– Jakoś tak nagle stracił głos,
gdy się wygłupialiśmy. . .– zrobił przy tym oczka niewiniątka. Aż mnie ścisnęło
za serce i miałam ochotę go objąć, bo wyglądał tak bezbronnie. Jak taki
szczeniaczek albo coś.
– Finite.
– Jeny, już myślałem, że nigdy
nie będę mógł mówić. To co? Idziemy? Już jest po ósmej, a mieliśmy wyjść pół
godziny temu.
Mama mi podała koszyk i w tym
momencie wrócił pan Potter, chowając różdżkę do szaty. Wszyscy wymienili między
sobą spojrzenia. To znaczy dorośli między dorosłymi, a my między sobą.
– No to brygada za mną! Użyjemy
świstoklika. Pamiętacie miejsce, prawda? – zwrócił się do moich rodziców.
– Tak. Dołączymy do was około
trzynastej. Może być? – odpowiedziała mama. Miała na twarzy pewien rodzaj jakby
ulgi, co mnie tak naprawdę wcale nie zdziwiło, tylko trochę poirytowało.
Wyszliśmy przed dom i weszliśmy
do parku, który znajdował się naprzeciwko.
– No, dzieciaki. Złapcie tą
puszkę.
Byłam podekscytowana, bo jeszcze
nigdy tak naprawdę nie podróżowałam za pomocą świstoklika. Zawsze się wszędzie
udawaliśmy przez sieć Fiuu.
Nagle poczułam szarpnięcie w
okolicy pępka i jakby przeciskano mnie przez jakąś rurę. Aż mi dech zaparło. Po
chwili upadłam na trawę. Usłyszałam, jak inni również się przewracają i śmiech
państwa Potterów, którzy jednak stali.
– Trochę wprawy trzeba jednak
mieć– mruknął Syriusz.
Wstałam i się otrzepałam.
Obejrzałam się dookoła i ujrzałam piękny teren, górzysty, ale równinny. No że
są góry, ale łąki są płaskie i rozległe. I był też las. Iglasty chyba. Chociaż
przy brzegach były też jakieś liściaste drzewa. Wyglądało to przepięknie.
Poczułam szarpnięcie za ramię.
Obejrzałam się i zobaczyłam, że James mnie ciągnie za sobą, bo reszta ruszyła w
stronę jakiegoś pagórka kilkaset metrów od nas. Uśmiechnęłam się i ruszyłam razem
z Jimem za innymi.
– Ale było odjazd, nie? Nieźle
nas wystraszyli– powiedział cicho, żeby jego rodzice nas nie usłyszeli.
– No. Masz jakiś plan? No wiesz,
żeby się odegrać.
– Całą masę– wyszczerzył zębiska
w szerokim uśmiechu. Miał ładne zęby i co za tym idzie– ładny uśmiech.
Odwzajemniłam gest.
– Może to nie będzie tak
straszne, jak oni to zrobili, ale na pewno będzie uciążliwe. Tylko poczekamy,
aż się zdrzemną.
– Zdrzemną?
– Po jedzeniu. Zawsze to robią.
– Aha.
Dalej szliśmy już w milczeniu.
Dogoniliśmy Potterów i Syriusza. Spojrzał na nas pytającym wzrokiem. Jim tylko
kiwnął głową, a ja wzruszyłam ramionami. O nic nie pytał. Po trzech kwadransach
dotarliśmy do pagórka, który okazał się trochę wyższy niż myślałam. Zaczęliśmy
się wspinać. Zbocze nie było jednak takie strome, jak myślałam, więc nie było
tak źle. Zerknęłam na okularnika i ze zdziwieniem stwierdziłam, że wcale nie
wygląda na zmęczonego.
– A schody taaaak cię zmęczyły.
. . – zachichotałam cicho. Oni odpowiedzieli szerokimi uśmiechami.
Podziwiałam widok dookoła mnie,
bo chociaż nie byliśmy wysoko, krajobraz był bajeczny. Po prostu zakochałam się
w tym miejscu. Pomyślałam, że chciałabym tu kiedyś wziąć ślub a następnie
zamieszkać niedaleko, by móc codziennie tu przychodzić, ale żeby dom nie zaburzał
tego ładu. Stałam chwilę i wdychałam głęboko powietrze, relaksując się.
Poczułam na sobie czyjś wzrok więc się odwróciłam. Nie opodal stali chłopacy i
coś szeptali między sobą. Skinęli na mnie, więc podeszłam.
– Co jest? Przeszkodziliście mi
w kontemplacji tego miejsca – powiedziałam.
– W czym?– James jakoś mnie nie
zrozumiał, a Syr też nie wyglądał na oświeconego w tym momencie.
– No. . . Podziwiam i wchłaniam urok tego miejsca
– Aha. No ok. Plan jest taki:
oni się położą, my weźmiemy jakiś pojemnik i nazbieramy do niego mrówek. Potem
weźmiemy jakieś robale, o ile jakieś znajdziemy. I może jeszcze jagody do
tego.– wychrypiał Jim.
– A osy tu są? – spytałam.
– O tej porze powinny być. . .
– To jeszcze ich posmarujemy
jakimś miodem albo dżemem, albo posypiemy cukrem. Będą okrążeni owadami.
– Myślicie, że to wystarczy?
– A potem się schowamy i
będziemy ich obserwować. Jak nas zaczną szukać, to się jakoś do nich
zakradniemy i ich wystraszymy. Co wy na to?
– To już brzmi lepiej.
Przybiliśmy sobie piątki i
wróciliśmy do Potterów. Zaczęliśmy rozkładać koce i przygotowywać jedzenie. . .