wtorek, 30 lipca 2013

7. Podróż do Hogwartu

Tydzień się trochę rozciągnął, jak to zwykle u mnie bywa.... Zmieniłam trochę pierwotną postać notki, tak więc jest też troszkę dłuższa niż na początku. Mimo wszystko nadal jest dość krótka. Ale co tam. Macie i czytajcie. W sierpniu mnie nie ma w Polsce, więc nie wiem kiedy następny rozdział...
``````````````````````````````

            Niedługo dojedziemy do celu. Siedzę w przedziale z Jamesem, Syriuszem, takim jednym Remusem Lupinem i jakimś Peterem Pettigrew. Chłopaki od razu się dogadali. Remus mi się wydaje jakiś taki cichy i tajemniczy. . .  A Peter jest tak zachwycony Jimem i Syrkiem, że chyba już pobił wszelkie rekordy na wybałuszanie oczu.
            Prawie bym zapomniała – siedzą z nami jeszcze Lily Evans, taka ruda dziewczyna, całkiem sympatyczna, chociaż nieźle dogadała Potterowi oraz jej kolega Severus Snape, który ma czarne, jedwabiste włosy (chociaż w pierwszej chwili myślałam, że są tłuste). Ogólnie to jest cały ubrany na czarno. Ma nawet czarne oczy. Przypomina mi takiego trochę nietoperza, bo jest strasznie chudy i ma patykowate ręce i nogi. 
            Przez prawie całą drogę jem fasolki Bertiego Botta. Na szczęście udało mi się uniknąć takich gorszych typu woskowiny usznej czy tłuszczu. Nie zniosłabym tego. Ale Peter tego nie uniknął i wszyscy mieli niezły ubaw gdy tak przed siebie pluł i charczał.
            Tak w ogóle to chłopaki nie polubili Snape’a, bo ten powiedział Lily, że powinna się dostać do Slytherinu. Wynikła z tego nieprzyjemna sytuacja, ale się zbytnio nie przysłuchiwałam. Ogólnie to ja nie mam nic przeciwko niemu. Może przecież mieć inny pogląd niż reszta.
Julio…
No nie. Tego już za wiele! Nie dość, że Dramon do mnie gada w myślach, to jeszcze mi pisze w pamiętniku!
Daj mi dokończyć…
Nawet nie dam Ci zacząć! Znikaj, ale już! Starczy, że Cię słyszę!
No. Cisza.
Trafisz do Slytherinu, Julio.
Ani mi się śni! Nie chcę, żeby Syriusz i James przestali się do mnie odzywać!
To nie zależy już od Ciebie, Królowo.
Skoro jestem królową, to tym bardziej mam coś do powiedzenia chyba…
***

– Ej, musimy się już chyba przebierać… Za jakąś godzinę dojedziemy na miejsce.– usłyszałam głos Remusa. Zaczął się rozgardiasz. Każdy wyciągnął ze swojego kufra ubrania i odwróciliśmy się do siebie tyłem, żeby móc spokojnie ubrać szkolne szaty. Uwielbiam czarny. Jest po prostu świetny! Właśnie najczęściej noszę ubrania w tym kolorze. Oczywiście noszę też czerwone, niebieskie albo jakieś zielone czy coś… Ale mimo wszystko czarny jest najlepszy. Cieszę się, że taki mamy strój na co dzień. Nawet noszenie krawatu mi się podoba. W końcu to dla mnie nowość. Myślę, że dla większości dziewczyn też.
            Spojrzałam na Lily. Nie wygląda na zbyt zadowoloną. Jestem ciekawa dlaczego. Czyżby przez Jima? Ale przecież jak można go nie lubić! No dobra, przyznaję, że bywa momentami nieznośny, ale w sumie jest ok. Tak patrząc na oczy współtowarzyszy przypomniało mi się, że Dramon mi kiedyś powiedział, że jak będę już umiała wystarczająco dużo jeśli chodzi o magię jego świata, to będę mogła zmieniać kolor oczu kiedy tylko chcę. Na razie nie chce mi zdradzać nic więcej. Pewnie po to, żebym się tym zainteresowała i zaczęła go wypytywać o różne rzeczy. Ale ja się nie dam! Chcę i będę na zawsze człowiekiem! Koniec kropka.
           Uch, dojeżdżamy na miejsce.... Mam nadzieję, że mimo wszystko nie zostanę Ślizgonką. Z tego co słyszałam, to raczej nikt ich nie lubi. Jednak mogłabym się założyć, że Snape'a polubię, bez względu na to, kto w którym domu będzie. Jest taki tajemniczy, a ja lubię tajemniczych ludzi. Są o wiele ciekawsi od takich prostych osobników, których ruchy można przewidzieć o każdej porze dnia i nocy.
          Syriusz i James są w sumie ciekawi, ale czasami bardzo łatwo można odgadnąć co im siedzi w głowie. Głównie kawały, oczywiście. Na szczęście mnie tak za bardzo nie wrabiali jak do tej pory. Remus też jest tajemniczy. Wydaje się być bardzo spokojnym człowiekiem. Być może to tylko pozory. A Peter? Jego to w sumie interesuje tylko jedzenie. Jego zachwyt chłopakami jest przy tym tak jawny, że myślę, że się do nich przykleił już na stałe. Przynajmniej będą mieć publikę przy każdym wybryku...
          Właśnie wchodzimy do zamku. Popłynęliśmy do niego łódkami po jeziorze. Trochę długo to trwało i trochę przez to zmarzłam, ale to nic. Jestem tak podekscytowana, że w sumie mi to nie przeszkadza. Płynęłam akurat z Remusem i jakimś chłopakiem,który się nie przedstawił. Widok zamku zapierał dech w piersiach. Chyba nigdy tego nie zapomnę.
           Gdy weszliśmy do zamku, czekała na nas jakaś młoda czarownica. Miała trochę niepewny wyraz twarzy, chociaż próbowała sprawiać wrażenie pewnej siebie. Pewnie pierwszy raz wprowadza pierwszoroczniaków do zamku… Na jej miejscu też bym się pewnie denerwowała.
- Witajcie w Hogwarcie, Nazywam się Minerva McGonagall i jestem zastępcą dyrektora. Za chwilę wejdziecie przez te wrota, które znajdują się za mną, do Wielkiej Sali. Tam zostaniecie przydzieleni do poszczególnych domów.
          Po tych słowach odwróciła się i poszła. My staliśmy w miejscu nie wiedząc, czy możemy już iść czy jeszcze nie. Po chwili kobieta jednak wróciła i kazała nam iść za nią.
          Weszliśmy do Wielkiej Sali. Nazwa jak najbardziej nie jest przesadzona. Zbiliśmy się ciasną gromadę przed stołkiem, na którym leżał stary kapelusz.Pewnie to Tiara Przydziału. Mama mi o niej opowiadała. Zaczęto wywoływać alfabetycznie kolejnych jedenastolatków. Aż w końcu...
          -Darkness Julia!- podeszłam do kobiety. Nałożyła na moją głowę kapelusz...

sobota, 6 lipca 2013

6. Zakupy...

Taaaak... Wróciłam ;P Chociaż tak naprawdę byłam cały czas. Myślałam, że się doczekam jeszcze jakichś komentarzy, ale nic takiego nie miało miejsca, a mnie się nie chciało już czekać, więc macie kolejny "rozdział" :) Jest dłuższy niż poprzednie, ale o wiele krótszy od tych, co dopiero będą (10 <3) Myślę, że za tydzień będzie 7. Zapraszam do czytania :) V.

``````````````````````````````````````````````````````````````````````````````
          Udaliśmy się na Pokątną. Cała grupa poszła najpierw do Gringotta, by wziąć pieniądze. Zawsze mnie dziwi, jak te gobliny są zdolne i jak chronią te majątki. Pewnie za odpowiednią opłatą.
– No to brygada za mną! Kupimy najpierw szaty – krzyknął pan Potter. Weszliśmy do sklepu Madame Malkin. Poczułam zapach świeżo wyprodukowanego materiału. Zrobiła nam przymiarki i podała komplet trzech szat dziennych, mundurków, tiarę, rękawiczki, rękawice robocze ze smoczej skóry oraz czapkę i szalik.
Każdy wziął swój zestaw. Gdy wyszliśmy z powrotem na ulicę, usłyszałam w głowie szept.
“Julio. . . Julio. . . “ Obejrzałam się za siebie zaskoczona. Przy wejściu do sąsiedniej alejki stała jakaś postać, ubrana na czarno. Nie widziałam twarzy, bo była zasłonięta kapturem. Zauważyłam jedynie dziwny blask, pewnie oczu.  Osoba skinęła na mnie ręką.
Niewiele myśląc, udałam się w tamtym kierunku. Nie czułam już zaskoczenia. Jakoś tak właściwie. . . nic nie czułam. Tylko taką dziwną pustkę i jakbym szła niczym taka kukła. Tak jakby ktoś pociągał za sznurki, do których zostałam przywiązana.
– Witaj, Julio. Pamiętasz mnie?
Pustka minęła. Znowu mogłam być sobą.
– Dramon?! – krzyknęłam. Parę osób się obejrzało z lękiem.
– Nie krzycz! – syknął – Chodź.
– Nigdzie nie idę. Nie z tobą. Nie ufam ci.
Spojrzał na mnie dziwnie, po czym się roześmiał.
– Jesteś pewna? Kiedyś będziesz musiała mi zaufać, księżniczko – zamruczał pewny siebie.
– Nie jestem księżniczką. Odczep się ode mnie i zostaw mnie w spokoju!
– Myślałem, że jesteś grzeczniejsza.
Prychnęłam.
– Jak dla kogo. A ty do nich nie należysz.
Usłyszałam jak mnie wołają Syriusz i Jim, więc odwróciłam się na pięcie od zaskoczonego Dramona i pobiegłam do kolegów.
– Kto to był? – zapytali jednocześnie. Jak bracia normalnie.
– A taki jeden znajomy– byłam zła i trochę się bałam, że demon zechce się na mnie odegrać za to. Oby jednak nie.
– Chodź. Idziemy kupić kociołki, a potem na apteki.
          Kociołek kosztował mniej  niż się spodziewałam, bo tylko 14 sykli. Pewnie dlatego, że był używany. Ech. . . Po prostu chciałam zaoszczędzić. Za to składniki kosztowały więcej, bo kupiłam trochę na zapas. Zapachy, kształty i kolory ziół oraz innych ingrediencji były przeróżne. Byłam zachwycona. To miejsce mnie niemalże oczarowało już od pierwszego razu, gdy tu byłam z mamą. Gdy byłam mniejsza, uwielbiałam iść z nią do apteki i księgarni (do której też się po chwili udaliśmy).
Ledwo przekroczyliśmy próg “Esów i Floresów”, poczułam najukochańszy zapach książek. Kupienie wszystkich pozycji z listy zajęło nam jakieś pół godziny. Ja jednak dokupiłam sobie dodatkowo “Historię Hogwartu”, bo moja gdzieś się zawieruszyła.
– Co nam jeszcze zostało? – spytał Charlus Potter.
– Róóóóżdżki! – krzyknęliśmy zgodnie.
– No to do Ollivandera, dzieciaki. Raz, dwa, trzy, cztery. . . Raz, dwa, trzy, cztery. . .
Pobiegliśmy, śmiejąc się, do sklepu. Nie przeszkadzało nam, że jesteśmy obładowani zakupami i że jest nam ciężko, wszak zakup różdżki był punktem kulminacyjnym całego wypadu!
– Mogę pierwszy? Prooooszę. . . - miauknął James.
– Potter, nie wiesz, że damy mają pierwszeństwo? – powiedział pełen godności Black. Jimowi zrzedła mina. Prawie mu uszy przyklapły. Zaczęliśmy się z Czarnym śmiać.
– Ach, dzień dobry. . . Tak myślałem, że to będzie gdzieś w tym roku, jak się pojawicie– odezwał się cichy głos i  z jednego z ciemnych zakamarków sklepu wyszedł pan Ollivander. Wszyscy podskoczyliśmy, zaskoczeni.
– Dzień dobry! – powiedzieliśmy całą czwórką.
– No to poproszę pannę Darkness bliżej. Jak to pan Black trafnie ujął, damy mają pierwszeństwo – rzekł z uśmiechem. Podeszłam nieśmiało. Pan Ollivander trzymał już w ręku różdżkę.
– Dwanaście i jedna druga cala, dąb, włos jednorożca, sztywna.
          Wyciągnęłam dłoń. Nogi mi się trzęsły ze strachu i podniecenia. Czułam jak po plecach spływa mi pojedyncza kropla potu, pozostawiając po sobie ślad w postaci jednorazowego drżenia. Tak, jakby mi po całym ciele prąd przepłynął. Uświadomiłam sobie, że się boję. Gdy dotknęłam różdżkę, poczułam na sobie wzrok pięciu osób. “Ale przecież poza mną są tylko cztery. . . “ pomyślałam. Odwróciłam się i zobaczyłam, jak zza szyby przygląda mi się ta sama zakapturzona postać. Dramon się uśmiechnął i pokręcił głową, jakby chciał mi powiedzieć, że to niewłaściwa różdżka.
Krzyknęłam i machnęłam w jego stronę magicznym patykiem i okno wystawowe eksplodowało i rozleciało się na milion kawałków. Znowu krzyknęłam i odskoczyłam do tyłu wpadając na ladę i prawie się przewracając.  Uderzyłam się przy tym w łokieć. Bolało. Spojrzałam na sprzedawcę.
– J-ja ba-bardzo przepraszam. N-napra-awdę nie chciałam. Wystraszyłam się.– wyjąkałam zawstydzona i spojrzałam mężczyźnie w oczy. Wiedział.
– Nie szkodzi. To się da naprawić. Reparo! – wycelował w okno, które wyglądało znów jak nowe.
“Malutka, uspokój się. Nic ci przecież złego nie zrobię. Twojej rodzinie też nie. Naprawdę. Nie po to cię wybrałem.”– po raz drugi tego dnia usłyszałam głos Dramona. Lekko się wzdrygnęłam, ale faktycznie się uspokoiłam.
          W ciągu kolejnych piętnastu minut wypróbowałam z tuzin różdżek. Zaczęło mnie to irytować. Chłopaki też wyglądali na “lekko” znudzonych. Ollivander zaczął się drapać po głowie i mruczeć do siebie, zastanawiając się zapewne, co mi następnie podać. Nagle się do mnie zwrócił i zapytał:
–  A do czego ma przede wszystkim służyć? W czym przodować? Zaklęcia, uroki, transmutacja, zielarstwo?
– Ja nie. . . – zaczęłam, ale usłyszałam ponownie głos demona. “Do wszystkiego”– cichy szept również brzmiał trochę podirytowany. “I ma mieć włókno z serca smoka. . .”
– Ja. . . Do wszystkiego. I ma mieć włókno z serca smoka. Tak on powiedział– ostatnie zdanie szepnęłam. Inni nie mogli się dowiedzieć o tym, że zostałam do czegoś wybrana przez Dramona, Księcia Ciemności i Śmierci. Ale Ollivander wiedział. Nie wiem skąd, ale wiedział.
– Oczywiście. . . – i zniknął w głębi sklepu.
– Czemu to tak długo trwa? Tato, mówiłeś, że u ciebie to trwało pięć minut. . . – zajęczał Potter Junior.
– Zrozum James, że każdy jest inny. Widać, Julia ma skomplikowany charakter albo coś, więc jest trudniej dobrać odpowiednią różdżkę. Myślę, że u ciebie potrwa to mniej czasu, jako że masz bardzo prosty charakter– pan Potter uśmiechnął się do syna i spojrzał na mnie.
– Nie smuć się Julio, na pewno zaraz się pojawi odpowiednia różdżka. Zobaczysz. No, uśmiechnij się.
Spróbowałam, ale wyszła mi mina a’la cytryna. Szczerze mówiąc, nie chciałam się uśmiechnąć. Nawet nie z powodu różdżki. Bardzo mi się nie podobał fakt, że Dramon może mi “siedzieć w głowie”. Boję się, że może mnie opętać i zrobić ze mną, co chce. Poczułam ucisk w brzuchu. Tak jakby mi ktoś zawiązał wnętrzności grubym sznurem i mocno zacisnął. Rozbolała mnie głowa i poczułam pod powiekami łzy. Nie chciałam być tu, w sklepie, wiedząc, że demon gdzieś niedaleko się czai i być może na mnie właśnie patrzy . Być może się ze mnie nawet śmieje. Poczułam złość, która miarowo zalewała moje ciało. Złość zaczęła się powoli zmamieniać we wściekłość.
Wszystko jednak “wyparowało”, gdy poczułam dwie pary ramion obejmujące mnie.
– Przepraszam Jules. Nie chciałem cię obrazić moim pytaniem– szepnął mi do ucha James. Otworzyłam oczy i na niego spojrzałam.
– Nie jestem na ciebie zła. Po prostu jestem tak samo zmęczona jak i ty. . .
– Albo nawet bardziej– mruknął Black.
Uśmiechnęłam się do nich i wyswobodziłam z uścisku, bo usłyszałam kroki sprzedawcy, który znowu mruczał do siebie.
– Proszę. Dwanaście i jedna czwarta cala, grab, włókno z serca smoka, giętka– wyrecytował i mi podał.
Gdy zbliżałam rękę do patyka, dłoń Ollivandera zadrżała i różdżka wysunęła mu się z ręki kilka milimetrów. “Tak, jakby się chciała jak najszybciej znaleźć w mojej dłoni” pomyślałam i nagle, gdy moje palce były parę centymetrów od różdżki, ta po prostu przeskoczyła do mojej ręki i wysypała przy tym setki małych. Kolorowych iskierek, które mnie otoczyły, a potem we mnie wniknęły. Gdy ostatnia iskra zniknęła w moim ciele, poczułam niewysłowioną euforię i chciałam skakać, krzyczeć, piszczeć i śpiewać. Na szczęście udało mi się ograniczyć do pojedynczego podskoku i krzyknięcia “Yes! Udało się!” i objęcia kolejno Syriusza, Jamesa, pana Pottera i nawet pana Ollivandera.
Po tym małym ataku radości wszyscy mieli naprawdę głupie miny. Patrzyli się na mnie, jak na wariatkę jakąś.
Pstryknęłam palcami przed twarzą okularnika, bo akurat stał najbliżej. Od razu się ocknął i spojrzał na innych. Podszedł do Czarnego i go walnął w głowę z wyraźną uciechą.
– Au! Za co?– oburzył się Syriusz.
– Za gapienie się i minę jak ryba na bezdechu!– wytknął mu język. Teraz z kolei ja się na nich patrzyłam jak na wariatów.
          James podszedł do lady, pokazał komplet zębów, potarł ręce i powiedział, że już chyba jego kolej. Ollivander się nim zajął. Ja mogłam w końcu usiąść na szerokim parapecie i zaczęłam przyglądać się różdżce.
Była giętka, gładka i bardzo mi się podobała. Czułam cały czas ciepło od bijące od niej. “Chyba mnie lubi” pomyślałam. Poczułam jakby delikatny prąd wzdłuż palców. Uśmiechnęłam się.

Pół godziny później, gdy już mieliśmy kupione swoje magiczne patyki, poszliśmy na zasłużoną porcję lodów...

czwartek, 30 maja 2013

5. Kolejne spotkanie i piknik cz.2

Tak, jak obiecałam- dzisiaj kolejny "rozdział" :) Znowuż krótki, ale co tam. Przebrniecie jakoś przez to. Mam nadzieję xD Tak w ogóle to w przyszłym tygodniu raczej dodam kolejny wpis na "moim świecie". Na pewno się dowiecie, gdy to nastąpi. Tymczasem- czytajcie! (i komentujcie, bo Wasze komentarze są naprawdę bardzo podbudowujące i wspierające)
 ````````````````````````````````````````````````````````
Piknik mijał w miarę spokojnie. Jak się okazało, mama miała rację mówiąc, że w mgnieniu oka wszystko zniknie. Nie mogłam się doczekać, aż zaczniemy realizować swój “genialny”, według Jamesa, plan.
Trochę się bałam, że rodzice będą na mnie źli, gdy go zrealizujemy. Szczególnie ostatni punkt.
– A co tam się przejmujesz, Jul. Ja ciągle swoim robię na złość i jakoś żyję – powiedział mi Syri, gdy się z nim podzieliłam swoimi obawami.
– Czemu im dokuczasz? – dopiero po chwili się zorientowałam, że Black pierwszy raz wspomniał o swojej rodzinie. Jedyne, co o nich wiedziałam, to że są baaaardzo bogaci i wszyscy się odnoszą do nich z szacunkiem.
– Po prostu mi się nudzi. Mam młodszego brata, Regulusa, i zawsze, jak coś zrobię nie tak, jak mi mamusia kazała, to on leci i na mnie skarży. Potem ona na mnie krzyczy i ja zaczynam robić jej na złość, żeby wiedziała, że nie może robić ze mną, co chce. . .-umilkł, tak jakby zdał sobie sprawę, że powiedział za dużo. Patrzyłam na niego i czułam współczucie. Cieszę się, że nie mam młodszego rodzeństwa. Ale z drugiej strony to mama i tata by chyba na mnie nie krzyczeli za byle co. Chociaż kto wie. . .
Odwróciłam wzrok i wgryzłam się w kanapkę z dżemem malinowym, który zrobiła babcia Pottera. Myślę, że są bardzo fajnymi ludźmi. Bardzo ich polubiłam.
Wpatrywałam się w oddalone parę kilometrów wzgórze i dopiero po chwili zauważyłam, że w naszą stronę poruszają się dwie sylwetki. Wstałam i zaczęłam się dokładniej im przypatrywać. Parę sekund później stwierdziłam, że to są rodzice i usiadłam z powrotem na kocu. Trochę się zdziwiłam, jako że mieli się pojawić dopiero za co najmniej dwie godziny. Postanowiłam, że nikomu nic nie powiem. Niech mają niespodziankę, a co!

– Cześć kochani! Jak tam piknik? Przyniosłam jeszcze trochę jedzenia i picia, bo jak widzę niewiele pozostało – zaśmiała się mama. Poczułam szturchnięcie w bok i gdy się obejrzałam, zobaczyłam Jamesa i Syriusza szczerzących się do mnie jakby Boże Narodzenie było już jutro. Kiwnęli głowami  i poszłam za nimi. Weszliśmy do lasku.
– To co najpierw? Mrówki? A macie jakiś słoiczek? – szepnęłam do nich.
Mimo wszystko bałam się, że coś się nie uda i że nakrzyczą na mnie rodzice. Zawsze byłam taka grzeczna i posłuszna. Nigdy im się nie sprzeciwiłam. Nigdy nie rozrabiałam. A może teraz przyszła w końcu pora na “rozwój”? No cóż. . .  raz się żyje, co nie?
– eee. . .  Zapomniałem wziąć– powiedział zmieszany Syrek. Najwidoczniej on się miał o to zatroszczyć. Bez słowa wróciłam do miejsca piknikowego i zabrałam parę pustych słoiczków. W prawie każdym były pozostałości po jakichś dżemach albo innych słodkich rzeczach. “Jeszcze lepiej”– pomyślałam.
– Juluś, po co ci te słoiki? – spytał tata.
– Trzeba je chyba umyć, no nie?– odpowiedziałam bez mrugnięcia okiem.
– Ale przecież tu nie ma żadnego strumyka w pobliżu – dopowiedziała mama.
– Ale James i Syriusz powiedzieli, że kiedyś znaleźli jakieś źródło. . . – ledwo dokończyłam i pobiegłam do lasku. Czułam na sobie wzrok dorosłych. “A niech to! Jeszcze się domyślą i co wtedy? No trudno. . . Jakoś będzie”
– Proszę. Wystarczy? – burknęłam i rzuciłam im zdobycz pod nogi.
– Jul jesteś złota! – krzyknął rozradowany Jim.
– Taaa? A gdzie tu widzisz złoto?– Syrek powiedział to w jakiś. . . inny sposób. Jakoś tak. . . Wrednie? Spojrzałam na niego.
– A ciebie co ugryzło?– spytał od razu okularnik– przestań się droczyć na nas bo inaczej się nie uda.
Syriusz jakby na zawołanie się rozchmurzył. Nie mogłam tego pojąć. Ale stwierdziłam, że później się nad tym zastanowię. Teraz mieliśmy do zrealizowania nasz plan. . .


W taki oto sposób powstała pierwsza połówka Huncwotów, chociaż wtedy nikt się jeszcze nad tym nie zastanawiał, co z tego wyniknie. Był to początek wielkiej przyjaźni dwóch chłopców i dziewczyny, mającej za opiekuna demona, Księcia Ciemności. . .

czwartek, 23 maja 2013

4. Kolejne spotkanie i piknik cz.1


Proszę, 4. notka :) Już troszkę dłuższa niż poprzednie. Mam nadzieję, że się spodoba. Ach i wybaczcie skrajnie mugolskie pomysły dzieciaków ^^ Czytajcie! :)
```````````````````````````````

4 lipca 1971

Dzisiaj wstałam wcześnie jak na mnie, bo o 6:00. A to wszystko dlatego, ze razem z Potterami i Syriuszem udajemy się na piknik. Sobota miała być piękna, więc będziemy cały dzień na tej polanie czy gdzieś tam. Moi rodzice dołączą później, gdy się już uporają z jakimiś swoimi sprawami.
– Cześć kochanie. Wyspałaś się?– spytała mama, gdy weszłam pół godziny później do kuchni.
– Tak. Ale pewnie wieczorem będę padnięta. Po prostu nie mogę się doczekać spotkania z Jamesem i Syriuszem, bo oni są naprawdę fajni i czuję się tak, jakbym ich znała już całą wieczność. Może mi opowiedzą więcej o Hogwarcie…– odpowiedziałam, jednak ziewając.
– Ależ Juluś! Przecież my ci już tyle opowiadaliśmy!
– No niby tak. . . Ale wy tak z punktu widzenia puchonów i krukonów, a oni twierdzą, że będą na pewno gryfonami, przynajmniej James tak twierdzi, bo Syriusz mało na ten temat mówi, nie wiem czemu.
– No dobrze. . . Weź te kanapki i owoce. Jeszcze dam Ci sok i wodę i parę chusteczek i. . .
– Mamo, to naprawdę tylko parę godzin, a nie parę dni czy tygodni– roześmiałam się.
– Zobaczysz jak będą wszystko jeść! Ledwo się obejrzysz, a już niczego nie będzie w koszyku. O, to chyba oni– powiedziała, gdy usłyszała dzwonek.
– Pójdę otworzyć.

Zeszłam  do hallu i otworzyłam gościom. Weszli do środka. Mama przyszła i zaprowadziła ich do salonu.
– Chcecie się czegoś napić? Sok, woda? Kawa, herbata? – zwróciła się do przybyszów.
– Może trochę wody, jeśli można– odpowiedziała Dorea.
– Chodźcie, pokażę wam mój pokój– powiedziałam do Jima i Syriusza. Popatrzyli po sobie i poszli za mną.
– Daleko jeszcze?– sapnął okularnik, gdy byliśmy na drugim piętrze.
– Tylko dwa piętra.
Mina Jamesa była bezcenna. Stanął z jedną nogą uniesioną i patrzył na mnie wybałuszając oczy i otwierając usta. Zerknęłam na Czarnego i z powrotem na Jima i zaczęłam się śmiać. Black od razu do mnie dołączył. Potter patrzył na nas, nie wiedząc o co chodzi i udawał, że się obraził.
Szliśmy dalej. Gdy dotarliśmy na 4. piętro, przystanęłam z ręką na drzwiach i zapytałam:
– Gotowi?
– Mam nadzieję, że tam nie jest wszystko na różowo…– mruknął Black.
Wpuściłam ich do środka. Stanęli jak wryci, widząc zielone ściany, które zmieniały swój odcień w zależności od pory dnia i światła, jakie wpadało do pokoju. Spojrzeli na luksusowe, mahoniowe meble i jedwabne zasłony. Pierwszy otrząsnął się James i zmarszczył brwi, rozmyślając nad czymś chyba intensywnie.
– Coś nie tak?
– Eee. . . A właściwie to gdzie ty śpisz? Bo nie widzę tu łóżka. . .
– Widzisz tamte drzwi?– wskazałam ręką na małe mahoniowe wrota, jak je lubiłam nazywać. Syriusz najwidoczniej nie mógł się doczekać i wbiegł do sypialni.
– Ej! Co ty robisz?– krzyknęłam za nim i również wbiegłam. Jak tylko byłam na środku pokoju, poczułam, jak jakiś ciężar mnie przytłacza i upadłam na podłogę przytłoczona syriuszowym, a następnie jamesowym ciałem. Przez chwilę się wystraszyłam, jako że tutaj raczej nikt z parteru nas nie słyszał.
– Co wy robicie? Oszaleliście? To nie jest śmieszne! Hik. . .– zaczęli mnie gilgotać. Śmiałam się śmiechem szaleńca prawie że. Ja, gdy się śmieję, to mam często taki wysoki pisko-śmiech. Przy okazji się rzucałam na wszystkie strony jak opętana. W końcu poczułam, że przestali. Z jakiegoś nieznanego mi powodu bałam się otworzyć oczy. Było za cicho w pokoju. Nawet nie było słychać oddechu chłopaków, którzy się przecież też musieli trochę zmęczyć przy tej “rozrywce”. Ostrożnie otworzyłam jedno oko, a potem drugie i zobaczyłam chłopaków wiszących w powietrzu (znowu), którzy byli nieźle zziajani. Jednak ich nie słyszałam. Patrzyli prosto na mnie z lekkim strachem w oczach. Spojrzałam na drzwi i aż się cofnęłam .
Stał w nich jakiś potwór rodem z koszmarów. Krzyknęłam. Próbowałam złapać chłopaków za nogi, żeby ich ściągnąć na podłogę. Na szczęście się udało. Pociągnęłam ich za sobą do garderoby i zamknęłam drzwi na klucz.
– C-co to było? – spytałam półgłosem jednocześnie nasłuchując.
– Nie mam pojęcia – odpowiedział Black. Tylko on był w stanie odpowiedzieć. James wyglądał, jakby stracił głos. Popatrzyliśmy po sobie i podskoczyliśmy, gdy coś huknęło w drzwi.
– Chodźcie – postanowiłam skorzystać z awaryjnego wyjścia, które znajdowało się w najmniejszej szafie. Otworzyłam drzwiczki i weszłam pierwsza. Odgarnęłam sukienki i otworzyłam klapę w podłodze.
– Właź– szepnęłam do Jamesa. Spojrzał na mnie pytająco – prowadzi do komórki pod schodami na parterze. Nie ma się czego bać. Syriusz wślizguj się – dodałam, gdy Potter posłusznie zjechał w dół.
– A nie będzie bolało?
– Nie no co ty. . .  Wylądujesz na pudłach. Chociaż na wierzchu są chyba jakieś poduszki. Nie pamiętam dokładnie.
Jego mina nie była zbyt zachęcająca.
– A ty? Powinnaś pierwsza zjechać
– Ale tylko ja umiem zamknąć wejście od środka. Wskakuj, to coś zaraz tu będzie! – szepnęłam gorączkowo, słysząc, jak się podłamuje drewno w drzwiach. Syriusz nie próbował już oponować i wskoczył. Ja szybko się wsunęłam w głąb szafy i zamknęłam drzwiczki w tym samym momencie, jak potwór się włamał do pokoju. Poruszałam trochę sukienkami, by wróciły na dawne miejsce. Bałam się. Właściwie to cała się trzęsłam z emocji. Wślizgnęłam się w otwór i zaparłam stopami, by nie zjechać. Zamknęłam nad sobą klapę i zjechałam w dół. W trakcie zjazdu czułam “motylki” w brzuchu. Lubiłam to uczucie, chociaż w tej chwili nie bardzo się nad tym zastanawiałam. Myślałam o tym, czy nic się nie stało rodzicom i jak w ogóle stwór się dostał do domu.
Po chwili wylądowałam na pudłach. I na czymś bądź kimś jeszcze, uderzając się dosyć mocno w kolano.
– Ała. To bolało– syknął Syri.
– Nie tylko ciebie– odburknęłam.
– I co teraz? James nie może mówić, nie wiemy co to było i czy dorosłym coś się stało. . .
Usłyszeliśmy śmiech dochodzący z salonu.
– Chyba jednak są cali i zdrowi. I na dodatek świetnie się bawią– mruknęłam. Otworzyłam powoli drzwiczki od komórki i ostrożnie wyjrzałam. Korytarz był pusty i nie odchodziły żadne dźwięki poza tymi z salonu. Wyszłam i stanęłam na środku hollu. Sryiusz wyszedł za mną, a zaraz za nim wyjrzał również James. Byłam zdenerwowana i spięta. Każda komórka mojego ciała była gotowa do ucieczki.
– Może chodźmy do nich? Tam nas raczej nic nie zaatakuje. . . – szepnął mi do ucha Syr. Lekko podskoczyłam.
– Spokojnie. To przecież tylko ja. Nie masz się czego bać – złapał mnie za rękę. W trójkę zaczęliśmy się skradać do drzwi i nasłuchiwaliśmy.
– . . . I wyobraź sobie jakie będą mieć miny gdy go zobaczą – znów ktoś się zaśmiał.
– Nie uważacie, że to było trochę zbyt brawurowe? Oni mają dopiero po jedenaście lat. Mogłoby im to zaszkodzić. . . – to była mama. Jak zwykle zatroskana.
– Nie martw się Leno. Na pewno nic im nie będzie. To bystre dzieciaki. Poradzą sobie. Tylko czemu to tak długo trwa?
Wybałuszyłam oczy i spojrzałam na chłopaków. Oni również na mnie spojrzeli takim samym wyrazem twarzy. Oni nas nabrali! Ktoś z nich się musiał przebrać za potwora i nas wystraszyć. Ale nam zrobili rozrywkę. . . Normalnie nie ma nic lepszego na świecie niż umieranie ze strachu o życie swoje i innych. Z oczu Syrka wyczytałam, że myślał to samym. Skinęłam na nich i wróciliśmy do komórki.
– Oni wystraszyli nas, więc my wystraszymy teraz ich– powiedziałam mściwie. Oboje skinęli głowami. James nadal nie mówił.
– Tylko jak? Masz jakiś pomysł? – Syriusz jak zwykle najpierw spytał, chociaż widziałam, że coś mu już krąży po głowie. Potter wyraźnie miał jakiś pomysł, ale nie mógł go nam przekazać.
– Jedno pytanie. Teraz czy później? – rzuciłam w stronę Jamesa. Pokazał dwa palce.
– Później?– energicznie pokiwał głową.
– Ok. Teraz pójdziemy i będziemy udawać, jakby nic się nie stało. Niech myślą, że jesteśmy twardsi niż im się wydaje.
Ponownie wyszliśmy. Serce mi biło jak szalone, bo nie wiedziałam, czy mi się uda dobrze to zagrać, bez roześmiania się. Zauważyłam jednak, że chłopaki się uśmiechają. Też się w takim razie uśmiechnęłam. Ciekawe, jak rodzice zareagują, jak nas zobaczą.
Otworzyłam drzwi do salonu i nagle wszystko ucichło i oni spojrzeli na nas. Pani Dorea patrzyła, z trudem ukrywając rozbawienie, moi rodzice natomiast mieli lekko zatroskany wzrok, tzn. mama miała, bo tata patrzył zaciekawiony. Po chwili jednak wszyscy troje zmarszczyli czoła i powiedli wzrokiem po nas od stóp do głów. Dopiero w tej chwili zauważyłam, jacy jesteśmy zakurzeni i brudni.
– Co wyście robili? Kurze ścieraliście czy jak? – spytała mama.
– Można tak powiedzieć. Gdzie pan Potter? – spytał szybko Syri, żeby zmienić temat. Byłam mu wdzięczna.
– Eee. . . Poszedł do łazienki. Powinien zaraz wrócić. – tata był lekko zdenerwowany. Mama wyjęła różdżkę i nią machnęła. Byliśmy znowu czyści.
– James, czemu nic nie mówisz? – tym razem odezwała się jego matka.
Spojrzeliśmy nerwowo po sobie i Black się odezwał.
– Jakoś tak nagle stracił głos, gdy się wygłupialiśmy. . .– zrobił przy tym oczka niewiniątka. Aż mnie ścisnęło za serce i miałam ochotę go objąć, bo wyglądał tak bezbronnie. Jak taki szczeniaczek albo coś.
Finite.
– Jeny, już myślałem, że nigdy nie będę mógł mówić. To co? Idziemy? Już jest po ósmej, a mieliśmy wyjść pół godziny temu.
Mama mi podała koszyk i w tym momencie wrócił pan Potter, chowając różdżkę do szaty. Wszyscy wymienili między sobą spojrzenia. To znaczy dorośli między dorosłymi, a my między sobą.
– No to brygada za mną! Użyjemy świstoklika. Pamiętacie miejsce, prawda? – zwrócił się do moich rodziców.
– Tak. Dołączymy do was około trzynastej. Może być? – odpowiedziała mama. Miała na twarzy pewien rodzaj jakby ulgi, co mnie tak naprawdę wcale nie zdziwiło, tylko trochę poirytowało.

Wyszliśmy przed dom i weszliśmy do parku, który znajdował się naprzeciwko.
– No, dzieciaki. Złapcie tą puszkę.
Byłam podekscytowana, bo jeszcze nigdy tak naprawdę nie podróżowałam za pomocą świstoklika. Zawsze się wszędzie udawaliśmy przez sieć Fiuu.
Nagle poczułam szarpnięcie w okolicy pępka i jakby przeciskano mnie przez jakąś rurę. Aż mi dech zaparło. Po chwili upadłam na trawę. Usłyszałam, jak inni również się przewracają i śmiech państwa Potterów, którzy jednak stali.
– Trochę wprawy trzeba jednak mieć– mruknął Syriusz.
Wstałam i się otrzepałam. Obejrzałam się dookoła i ujrzałam piękny teren, górzysty, ale równinny. No że są góry, ale łąki są płaskie i rozległe. I był też las. Iglasty chyba. Chociaż przy brzegach były też jakieś liściaste drzewa. Wyglądało to przepięknie.
Poczułam szarpnięcie za ramię. Obejrzałam się i zobaczyłam, że James mnie ciągnie za sobą, bo reszta ruszyła w stronę jakiegoś pagórka kilkaset metrów od nas. Uśmiechnęłam się i ruszyłam razem z Jimem za innymi.
– Ale było odjazd, nie? Nieźle nas wystraszyli– powiedział cicho, żeby jego rodzice nas nie usłyszeli.
– No. Masz jakiś plan? No wiesz, żeby się odegrać.
– Całą masę– wyszczerzył zębiska w szerokim uśmiechu. Miał ładne zęby i co za tym idzie– ładny uśmiech. Odwzajemniłam gest.
– Może to nie będzie tak straszne, jak oni to zrobili, ale na pewno będzie uciążliwe. Tylko poczekamy, aż się zdrzemną.
– Zdrzemną?
– Po jedzeniu. Zawsze to robią.
– Aha.
Dalej szliśmy już w milczeniu. Dogoniliśmy Potterów i Syriusza. Spojrzał na nas pytającym wzrokiem. Jim tylko kiwnął głową, a ja wzruszyłam ramionami. O nic nie pytał. Po trzech kwadransach dotarliśmy do pagórka, który okazał się trochę wyższy niż myślałam. Zaczęliśmy się wspinać. Zbocze nie było jednak takie strome, jak myślałam, więc nie było tak źle. Zerknęłam na okularnika i ze zdziwieniem stwierdziłam, że wcale nie wygląda na zmęczonego.
– A schody taaaak cię zmęczyły. . . – zachichotałam cicho. Oni odpowiedzieli szerokimi uśmiechami.
Podziwiałam widok dookoła mnie, bo chociaż nie byliśmy wysoko, krajobraz był bajeczny. Po prostu zakochałam się w tym miejscu. Pomyślałam, że chciałabym tu kiedyś wziąć ślub a następnie zamieszkać niedaleko, by móc codziennie tu przychodzić, ale żeby dom nie zaburzał tego ładu. Stałam chwilę i wdychałam głęboko powietrze, relaksując się. Poczułam na sobie czyjś wzrok więc się odwróciłam. Nie opodal stali chłopacy i coś szeptali między sobą. Skinęli na mnie, więc podeszłam.
– Co jest? Przeszkodziliście mi w kontemplacji tego miejsca – powiedziałam.
– W czym?– James jakoś mnie nie zrozumiał, a Syr też nie wyglądał na oświeconego w tym momencie.
– No. . .  Podziwiam i wchłaniam urok tego miejsca
– Aha. No ok. Plan jest taki: oni się położą, my weźmiemy jakiś pojemnik i nazbieramy do niego mrówek. Potem weźmiemy jakieś robale, o ile jakieś znajdziemy. I może jeszcze jagody do tego.– wychrypiał Jim.
– A osy tu są? – spytałam.
– O tej porze powinny być. . .
– To jeszcze ich posmarujemy jakimś miodem albo dżemem, albo posypiemy cukrem. Będą okrążeni owadami.
– Myślicie, że to wystarczy?
– A potem się schowamy i będziemy ich obserwować. Jak nas zaczną szukać, to się jakoś do nich zakradniemy i ich wystraszymy. Co wy na to?
– To już brzmi lepiej.
Przybiliśmy sobie piątki i wróciliśmy do Potterów. Zaczęliśmy rozkładać koce i przygotowywać jedzenie. . .

środa, 15 maja 2013

3. Nowi znajomi


Proszę bardzo, tak jak wczoraj napisałam na asku- dzisiaj jest kolejna notka :) Krótka, że aż szok, ale myślę, że w piątek dodam czwartą :) Miłego czytania! :) Pytania?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

1 lipca 1971
No cóż… jednak nie doszło wczoraj do spotkania z tym całym Dramonem. Jejku! Tak bardzo się go wystraszyłam! Mimo wszystko starałam się tego nie okazywać.
Rodzice powiedzieli, że przełożył spotkanie o rok, żebym mogła mieć jeszcze trochę “dzieciństwa”.
Mama niedawno zmieniła pracę i poznała jakąś panią Potter. Chyba się polubiły, bo mają zamiar się spotkać jutro. Mama mi powiedziała, że być może zaprosi ją wraz z jej mężem i ich synem do nas na obiad w sobotę. Jestem ciekawa jaki on jest. Podobno jest w moim wieku i ma na imię James…

Godzinę później…

Aaaaa! Zaprosili nas na dzisiaj wieczorem! Została nam godzina do wyjścia. Nie mam pojęcia co ubrać. Najchętniej bym założyła którąś z moich sukienek, ale mama mi przygotowała jakieś luźne spodnie i czarną koszulkę. Zazwyczaj, gdy do kogoś idziemy, to ubieram się bardziej “wizytowo”… ciekawe czemu dzisiaj jest inaczej…
– Mamo! Dlaczego mam założyć spodnie, a nie sukienkę? – spytałam po chwili namysłu.
– Pani Potter powiedziała, że robią grilla i że będzie też kuzyn Jamesa i raczej będziecie dużo biegać.
– Biegać? To oni mają taki duży dom, że mogą sobie po nim bez przeszkód biegać?– byłam naprawdę bardzo zdziwiona.
– Nie kochanie – zaśmiała się mama – oni mają duży ogród, bo mieszkają w Dolinie Godryka.
Uśmiechnęła się po czym wyszła z pokoju.

Do Potterów udaliśmy  się za pomocą sieci Fiuu. Wypadłam z kominka cała w sadzy. Usłyszałam tylko, jak ktoś mruknął zaklęcie oczyszczające i znowu byłam czysta. Ktoś mnie złapał za rękę i pomógł wstać.
– Cześć! Jestem James. Witaj w naszym domu! – zawołał, niemalże podskakując z podniecenia.
– Jestem Julia– mruknęłam, starając się nie wyglądać na spłoszoną. Zaprowadził mnie do kuchni.
– Więc to ty jesteś córką Leny! Bardzo podobna, bardzo– powiedziała na mój widok pani Potter– James, wracajcie na dwór, nie powinieneś był zostawiać Syriusza samego w ogrodzie.

Chłopak tylko kiwnął głową, złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą, wybiegając na dwór. Ledwo przekroczyliśmy próg, a zastaliśmy oblani wodą…
– SYRIUSZ!!! ZWARIOWAŁEŚ NA DOBRE CZY JAK? TAK SIĘ WITA CZYICHŚ GOŚCI?– James dostał dziwnego napadu szalu pomieszanego chyba z napadem głupawki bo się przewrócił i zaczął śmiać się jak baran. Ja, szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałam o co chodzi, więc zaczęłam się tylko przyglądać owemu Syriuszowi.

Czarnowłosy chłopak o szarym, hipnotyzującym spojrzeniu i niesamowitym białym uśmiechu. Po prostu też się zaczęłam bezwiednie uśmiechać jak taka kretynka. Udało mi się jednak jakoś opamiętać akurat w momencie, w którym na mnie spojrzał.  Dobrze, bo akurat poleciała w moim kierunku kula wody. Szybko się uchyliłam i na szczęście udało mi się uniknąć ponownego zmoknięcia. Okazało się jednak, że sporo wody trafiło na glebę, więc powstało gęste błoto. Spojrzałam na nie. Poczułam na sobie wzrok chłopaków i spojrzałam również na nich. Staliśmy kilka sekund i jak na zawołanie wszyscy trzej się rzuciliśmy w stronę ogródka, by dobiec do błota. Syriusz podstawił haka Jamesowi, a Potter, nie chcąc jednak upaść, złapał się mnie. Ja widząc przebiegającego Syrka, złapałam go za ramię i w taki sposób wszyscy wylądowaliśmy w gęstej substancji, zwanej błotem. Popatrzyliśmy po sobie i zaczęliśmy się śmiać.
James, który śmiał się otwierając baaardzo szeroko usta, dostał w nie porcję szlamu. Zaczął pluć i się wściekać przy okazji próbując odgadnąć, które z nas to zrobiło.
– Jak mogliście napaść na moją piękną twarz i ją tak oszpecić?! Nie odezwę się do was do końca dnia! – po czym zrobił foch-face’a i udawał obrażonego, na co zareagowaliśmy kolejnym wybuchem śmiechu.
W pewnym momencie poczułam, że nie znajduję się już na ziemi, tylko w powietrzu. Otworzyłam oczy i ze zdumieniem odkryłam, że moja mama oraz rodzice Jamesa nas lewitują w stronę domu. Pomyślałam, że chcą na nas nakrzyczeć i zamknąć po kolei w łazience, abyśmy się oczyścili. Oni jednak nas opuścili na trawnik tuż przed sobą, spojrzeli surowo, oczyścili nas i – ku nie tylko mojemu zdziwieniu– również wybuchli śmiechem!
– Chodźcie, wy moje błotniaki. Jedzenie jest już gotowe– powiedziała z szerokim uśmiechem pani Potter. Popatrzyliśmy po sobie i podeszliśmy do stołu.
Zjadłam przepyszne żeberka i sałatkę warzywną z klonorośli, pomidorów, dębochłystka i papryki. Nigdy bym nie pomyślała, że sałatka z tak różnych smakowo składników może być taka dobra. Na szczęście mama dostała przepis, więc będzie mogła ją robić w domu. Ciekawe, czy w Hogwarcie też taka będzie. A jak nie, to myślę, że i tak będę mogła taką dostać w kuchni. Syriusz mi powiedział, że w kuchni pracują skrzaty i że jak uczeń przyjdzie, to mu dadzą wszystko, co tylko chce (oczywiście chodzi tylko o jedzenie i picie). Tyle, że on jeszcze nie wie, gdzie ta kuchnie dokładnie jest. . .  Powiedział za to, że odkryjemy to wspólnie, ja i on. I że to będzie nasza mała tajemnica. Fajny ten Syriusz. Coraz bardziej go lubię…

sobota, 4 maja 2013

2. 11 lat później…


Proszę bardzo, oto druga notka! Niezmieniona, nadal krótka, ale musicie być cierpliwi- od 10. Będą już dłuższe :) Na wszelkie pytania odpowiadam tu :)
------------------------------

            Julia posiada brązowo-czarne, proste włosy oraz oczy w tym samym kolorze, zmieniały one jednakże barwę w zależności od jej humoru i poczucia bezpieczeństwa. Ma jasną cerę oraz krwistoczerwone usta.
            Lubiła się ubierać w ciemne ubrania, głównie czarne, czerwone, fioletowe i zielone. Najchętniej nosiła długie, jedwabne suknie. Jednak na co dzień, gdy wychodziła z domu, starała się zachować pozory i zakładała dżinsy i bluzki (mimo wszystko ciemne).
– Kochanie, wstawaj! Dzisiaj jest bardzo ważny dzień! – jej mama niemal zaświergotała. Kochała budzić córkę, widzieć, jak ta powoli otwiera oczy i się rozgląda po pokoju, jakby nie mogąc uwierzyć, że noc tak szybko minęła…
– Hmmm…. Mamusiu jeszcze pięć minut… Proszę! – odparła zaspana dziesięciolatka, która dzisiaj kończyła 11 lat, w pierwszy dzień lata i przy okazji wakacji.
Julia w końcu wstała.
– Ojej! Maamooo! Tu jest jakiś pan duch! – krzyknęła, gdy ujrzała Dramona, który się nagle przed nią zjawił. Był to pierwszy raz, gdy pozwolił, by go ujrzała.
– Ależ nie ma się czego bać, dziecinko. Ja jestem twoim wujkiem – powiedział z pięknym uśmiechem.
– Ja, proszę pana, nie mam wujka. A gdybym miała, to na pewno nie wyglądałby tak jak pan. – odpowiedziała dziewczynka, przybierając groźną według niej minkę. Dramon się zaśmiał.
– Ależ jesteś odważna… Nikt cię nie wrobi ot tak. To dobrze. To bardzo dobrze.
            Drzwi się otworzyły z hukiem i stanęli w niech państwo Darkness.
– Mamo, ten pan się nagle pojawił i mówi, że jest moim wujkiem…– powiedziała cicho jakby się bała, że to ona zawiniła, iż demon się znalazł w jej pokoju. Lena i Aron popatrzyli po sobie, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Od początku mieli świadomość tego, że ich córka się kiedyś dowie o jej opiekunie z mitów rodem, ale sądzili, że może ta chwila nadejdzie trochę później. Dramon tylko się uśmiechnął i rzekł:
– Ależ Julio, to nie Twoja wina, że się tu zjawiłem. Nie masz na to żadnego wpływu… przynajmniej na razie.
– Skąd pan wie o czym myślałam?– spytała zdziwiona.
– Och, nietrudno to było odgadnąć, patrząc, jaką masz minę – zaśmiał się cicho i złowieszczo, po czym zniknął.
– Och córusiu, tak się wystraszyłam! – pani Darkness podbiegła szybko do Julii i wzięła ją w objęcia.
– Chodźcie, moje damy. Chyba czas porozmawiać o czymś – rzekł Aron, po czym wyszedł z pokoju.

            Rodzina Darkness mieszkała w samym sercu Londynu, niedaleko Ulicy Pokątnej, w starej rezydencji rodziny Arona, która była niewidoczna dla mugoli. Był to budynek czteropiętrowy, w którym mogło mieszkać spokojnie parę pokoleń nie przeszkadzając sobie. Na prawie każdym piętrze było pięć pokoi i łazienka. W piwnicy znajdowała się pracownia Arona, który z zawodu był badaczem nowych wynalazków oraz niebezpiecznych sprzętów magicznych. Julii nigdy nie wolno było tam wchodzić, a Lenie tylko wtedy, gdy miała naprawdę ważną sprawę do męża. Na parterze był korytarz, duża szafa na płaszcze, salon i łazienka. Na pierwszym piętrze znajdowała się kuchnia, spiżarka, jadalnia, bawialnia, biblioteka oraz kolejna łazienka. Na drugim piętrze były trzy pokoje gościnne z łazienkami oraz salon dla gości z regałem z różnymi książkami oraz drobiazgami jako dekoracja. Trzecie piętro było przeznaczone jako kolejne gościnne piętro z czterema pokojami gościnnymi oraz salonem z biblioteczką. Ostatnie piętro należało całkowicie do rodziny Darkness. Lena i Aron mieli ogromną sypialnię oraz równie dużą garderobę. Julia miała trzy pokoje– jeden służył jako pokój do nauki i przyjmowania gości, drugi jako sypialnia ze wszystkimi zabawkami, a trzeci jako garderoba.
            Rodzice Julii oraz sama dziewczynka poszli do bawialni na pierwszym piętrze. Każdy usiadł na osobnym, obitym w czerwony materiał, fotelu.
– Juluś, koteczku… Musimy Ci coś powiedzieć– zaczęła pani Darkness. Dziewczynka siedziała spokojnie ze wzrokiem utkwionym w matkę. Gdyby ktoś stał z boku, to pomyślałby, że to dziecko zaraz zabije matkę wzrokiem, bo jej spojrzenie przypominało sztylety albo bazyliszka.
– To chodzi o tego pana, prawda? – spytała mała śmiertelnie poważnym tonem.
– Tak… będziesz miała od jutra z nim zajęcia – powiedział cicho Aron, obawiając się reakcji córki. Nigdy wcześniej taka nie była. Był zły na Dramona, że się w ogóle pokazał. Nie chciał patrzyć na zmiany, jakie będą w błyskawicznym tempie zachodziły w zachowaniu jego dziecka, które tak bardzo kochał. Bał się tego.
– Kim on jest? – Julia próbowała brzmieć normalnie i spokojnie. Nie miała pojęcia, dlaczego jest taka zła.
– To….. Jest twój opiekun… duszy, że tak powiem – odparła jej mama – chciałby Ci wpoić pewne zasady, które jego zdaniem powinnaś przestrzegać.
– A wy nie możecie mu zabronić? – ciemnowłosa nie wiedziała, co ma o tym myśleć, poza tym że czuła, że jej gniew rośnie przez to, że jej ukochani rodzice są bezradni. Oni, których uważała zawsze za wszechmocnych i przeodważnych. Oni, którzy zawsze stali za nią murem bez względu na to, czy to ona zaczęła się kłócić z kolegą z podwórka, czy on zaczął jej dokuczać. A teraz patrzyła na ich bezradność, która się odmalowała na ich twarzach i w ich oczach, sprawiając, że Julia czuła również strach.

            Dramon szykował się na pierwsze oficjalne spotkanie z Julią. Ubrał się w czarną szatę, uczesał włosy w koński ogon. Starał się jak najwięcej uśmiechać, by nie przestraszyć dziewczynki dopóki jej trochę nie poduczy.
            Przygotował pokój, w którym będzie z nią rozmawiał o jej rodzinie, zadaniu, Księżycu, o nim. Było to coś na rodzaj salonu, w którym znajdował się kominek, na którym palił się ogień. Przed kominkiem stały dwa duże, miękkie, czarne fotele. Między nimi stał szklany stolik na bazaltowych nogach, rzeźbionych w mistyczne wzorki. Na stoliku stał przygotowany wcześniej napój, który sprawiał, że łatwiej było wywierać wpływ na tego, kto go wypił. A jemu było to potrzebne, ponieważ miał świadomość, tego, że rodzice Julii wychowali ją na “anioła”
            Miał zamiar “zaszczepić” w niej ziarnko zła i braku litości, by bez problemu mogła zostać prawdziwą Królową Ciemności. Nie miał jednak pojęcia, ile czasu będzie musiał na to poświęcić.

wtorek, 30 kwietnia 2013

1. Początek.

            Była ciepła, czerwcowa noc. Nie było na niebie żadnej chmurki. Gwiazdy iskrzyły się niesamowitym blaskiem. Księżyc był w pełni i sprawiał, że noc była przepiękna i świat był skąpany w srebrnym blasku.
– I pomyśleć, że jutro ma być zaćmienie słońca! – westchnęła Lena Darkness, przytulając się mocniej do męża, Arona Darkness.
– Tak. I jutro się urodzi nasza córeczka, kochanie. Czy na pewno nie chcesz wrócić do domu?– spytał z troską Aron.
– Naprawdę się dobrze czuję. Poza tym jest taka piękna noc…
            Po tych słowach zerwał się gwałtowny wiatr i zrobiło się nagle chłodno. Jednak na tyle znośnie, że nie trzeba było zakładać bluzki na wierzch.
– Co się dzieje? – szepnęła wystraszona Lena.
– Nie mam pojęcia… Chodźmy szybko do domu.
            Po tych słowach zaczęli iść pospiesznie ścieżką do otwartych drzwi na tarasie.
– Stójcie! – zawołał czyjś głęboki głos. Para stanęła jak skamieniała. Powoli się odwrócili. Ujrzeli przed sobą ogromna zjawę przedstawiającą przystojnego, muskularnego mężczyznę z kruczoczarnymi włosami, fioletowymi oczami, bladą cerą i czerwonymi jak krew ustami. Jednego byli pewni– to nie był poltergeist i nie można było sobie pozwolić na nieostrożny krok. Był to bowiem Dramon, starożytny demon oraz Książę Ciemności i Śmierci. Darknessowie byli przerażeni.
            Aron przypomniał sobie o legendzie, która krążyła wokół jego rodu i nazwiska. Przed tysiącem lat, jego x-pradziadek, Natan, spotkał w trakcie ucieczki Dramona i poprosił go o pomoc. Ten się zgodził, pod warunkiem, że będzie mógł wziąć w posiadanie duszę mężczyzny i potem żądać od jego potomków usługi. Natan, nie mając zbytnio wyjścia, zgodził się. Ludzie mówili, że zmieniał się on co pewien czas w przerażające stworzenie, podobne do wampira i nie znające litości dla nikogo. Był jednak na tyle przebiegły, że nigdy nie można mu było udowodnić winy. Dramon korzystał ze swojej zapłaty przy każdym kolejnym pokoleniu przez następne 500 lat, tworząc wokół rodu Darknessów aurę szacunku, strachu i niepewności. Przez ostatnie pół wieku nie dawał jednak o sobie znać, poza pojedynczymi przypadkami ukazania się kolejnym Darknessom, głównie płci męskiej.
            Aron myślał, że dług został spłacony i że Książę Ciemności o nich zapomniał. Przeliczył się.
– Witaj, Aronie. Myślałeś, że o was zapomniałem, prawda? Tak myśleli też twój ojciec i dziadek… Ale zaczęło mnie to już trochę irytować i postanowiłem naprawić swój błąd – Dramon zaśmiał się cicho i złowieszczo.
– Czego od nas chcesz? – spytał odważnie Aron, chociaż miał ochotę uciekać ile sił w nogach i ukryć gdzieś żonę i ich jeszcze nienarodzoną córkę.
– Chciałem wam powiedzieć parę rzeczy o waszej córce. Macie ją nazwać Julia, bo ja tak chcę. Będzie mi służyła, ponieważ jest córką duszy mojej i Księżyca. To dlatego tak jasno dzisiaj świeci. Cieszy się. Ja zresztą też, bo już czekam na nią ponad pół wieku! – zagrzmiał niespodziewanie.
            Lena i Aron spojrzeli bezradnie po sobie.
– Nie oddam jej! Słyszysz? Nigdy nie dostaniesz mojego dziecka, ty bestio! – wrzasnęła kobieta.
– Ojojoj… Oczywiście, że mi ją oddasz. Nie powstrzymasz mnie, choćbyś się miała zabić. Czego ci zresztą też nie pozwolę zrobić. Dziecko musi mieć matkę, prawda, kociaczku? – z pozoru słodki głos krył w sobie ostrzeżenie. Dramon nie musiał zabijać, żeby ukarać. Kara od niego była tysiąckrotnie gorsza od śmierci. Lena przełknęła ślinę.
– A czy nie możemy z tym poczekać jakiś czas?– wtrącił nieśmiało mężczyzna.
– A kto powiedział, że teraz ją chcę zabrać? Poczekam aż się urodzi i trochę podrośnie. Przecież nie nauczę niczego małego dziecka. – zachichotał ochryple, po czym zniknął.

            Nadeszła pora rozwiązania. Urodziła się Julia Darkness, córka Leny i Arona Darkness oraz córka duszy Dramona, Księcia Ciemności i Śmierci, oraz Księżyca, który miał zostać jej stróżem…

------------------------
 Tak więc.... Dzień dobry wieczór :D Zaczynamy przygodę z Julią na blogspocie. Jak na razie wstawię stare rozdziały bez większych zmian. Czyli, jak widać- są dość krótkie. Niedługo będą już nowe :) Zapraszam do czytania i komentowania!